Czy jesteś gotów spojrzeć w oczy tragedii, która wydarzyła się naprawdę? Nie z perspektywy polityki, wielkiej historii czy podręcznika, ale z poziomu człowieka, który właśnie stracił dom, rodzinę i nadzieję?
„Hiroszima” Johna Herseya to książka, której nie da się przeczytać bez bólu. To reportaż, który nie pozwala zapomnieć, że za każdą datą, za każdym wydarzeniem, za każdym „działaniem wojennym” stoi żywy człowiek - ze swoim ciałem, cierpieniem, lękiem i przerażeniem.
To jeden z tych tekstów, przy których milknę. Bo co można powiedzieć o historii, która zaczyna się dokładnie 6 sierpnia 1945 roku, o 8:15 rano, kiedy niebo nad Hiroszimą rozdarło się na pół, a świat wszedł w nową, przerażającą erę - erę atomową? Hersey zabiera nas do miasta, które w jednej chwili przestało istnieć. Ale nie pokazuje zniszczeń z dystansu. Nie skupia się na liczbach. Jego opowieść zaczyna się i kończy na człowieku.
Poznajemy sześć osób. Zakonnicę, lekarza, wdowę z trójką dzieci, niemieckiego duchownego, pastora i urzędniczkę. Każdy z nich żył tego dnia „normalnym” życiem. Gotował ryż, czytał gazetę, szedł do pracy. I nagle - błysk. Cisza. Huk. Śmierć. Chaos. Przetrwanie.
To, co mnie uderzyło najmocniej, to sposób, w jaki Hersey prowadzi narrację - chłodno, rzeczowo, bez emocjonalnych ozdobników, ale z ogromnym szacunpkiem dla ludzkiego cierpienia. Dzięki tej oszczędności w formie, emocje - te prawdziwe, surowe - uderzają jeszcze mocniej. Widzimy nie tylko fizyczne zniszczenie miasta, ale też coś znacznie trudniejszego do opisania - kruszenie się psychiki, powolne pojmowanie skali tragedii, nieświadomość, która z czasem staje się przerażającą wiedzą.
Hersey pokazuje też coś, co trudno zrozumieć z naszej perspektywy - ogromną samotność i brak wsparcia, jakiego doświadczyli hibakusha, ocaleni z Hiroszimy. Mijają dni, miesiące, lata - a oni nadal są pozostawieni sami sobie. Nikt ich nie leczy, nikt im nie pomaga, nikt nie pyta, co czują. Dopiero jego reportaż - opublikowany w całości w „New Yorkerze” – sprawił, że świat wreszcie spojrzał w tę stronę. I zadrżał.
Ale „Hiroszima” to nie tylko świadectwo okrucieństwa broni atomowej. To również zapis niezwykłego humanizmu. W najczarniejszych chwilach bohaterowie tej książki pomagają sobie nawzajem, ryzykują życie, by nieść pomoc rannym, opatrują, karmią, przenoszą ciała. Ich cicha odwaga, bez żadnej gloryfikacji, jest najbardziej przejmującą częścią tej opowieści.
Zamykałam książkę z uczuciem, jakby coś we mnie pękło. To lektura trudna, niewygodna, bardzo wymagająca emocjonalnie - ale konieczna. Bo tylko pamiętając o tym, do czego zdolna jest ludzkość, jesteśmy w stanie nie dopuścić do powtórki.
Dla mnie „Hiroszima” to absolutnie klasyczny reportaż, który każdy powinien przeczytać choć raz w życiu. Żeby zrozumieć, żeby się zatrzymać. Żeby nie zapomnieć.
Ocena: 10/10 - za rzetelność, prostotę formy i potężną siłę przekazu. To nie jest książka, która „się podoba”. To książka, która zostaje z tobą na zawsze.
Współpraca reklamowa | Wydawnictwo Znak

Brak komentarzy: