Czy można pokochać na nowo, kiedy serce wciąż bije dla kogoś, kto odszedł? Czy lojalność wobec zmarłej osoby może powstrzymać przed daniem sobie szansy na szczęście?
„Przecież mamy siebie” Natalii Sońskiej to powieść, która sięga głęboko - w miejsca, których zazwyczaj nie ruszamy z obawy, że zabolą za bardzo. To historia o utracie, o życiu po życiu i o emocjach, które pojawiają się wtedy, gdy najmniej jesteśmy na nie gotowi. I właśnie dlatego ta książka tak porusza - bo opowiada o sprawach, które mogą dotknąć każdego z nas.
Maria i Szymon byli u progu nowego etapu - oczekiwali dziecka, snuli plany, byli zakochani po uszy. Wszystko to jednak kończy się nagle, w dniu, który miał być najpiękniejszy. Maria umiera, a Szymon zostaje sam - z córeczką, wspomnieniami i bólem, który nie mieści się w słowach. Nie potrafi żyć. Tylko Pola - najbliższa przyjaciółka Marii - jest w stanie zrozumieć, przez co przechodzi. Tylko ona znała Marię równie dobrze. Tylko ona została.
Początkowo wspólne dzielenie żałoby wydaje się naturalne. Ale dni mijają, rany nieco się zabliźniają, a obecność drugiego człowieka przestaje być tylko wsparciem - zaczyna być ciepłem. I tu pojawia się pytanie, które towarzyszy bohaterom do samego końca: czy mają prawo czuć coś więcej?
Natalia Sońska od lat pisze o emocjach - delikatnie, bez przesady, ale z ogromną empatią. I tutaj również to właśnie uczucia są osią fabuły. Nie fabularne twisty, nie spektakularne wydarzenia - ale drobne gesty, ciche rozmowy, ukradkowe spojrzenia, to, co nie zostało wypowiedziane. To historia, która nie potrzebuje fajerwerków, by zatrzymać czytelnika - wystarczy jej autentyczność.
Nie ukrywam - wzruszyłam się. Kilka razy. Bo nie da się przejść obojętnie obok żalu Szymona, rozdarcia Poli, tej cienkiej granicy między miłością a lojalnością, między pragnieniem a poczuciem winy. Autorka pokazuje, jak trudno jest żyć po stracie i jak jeszcze trudniej jest zacząć kochać od nowa. Ale też daje nadzieję - cichą, nienachalną, taką, która przychodzi dopiero wtedy, kiedy najbardziej jej potrzebujemy.
„Przecież mamy siebie” to opowieść o relacjach zbudowanych na wspólnej historii, o oddaniu, które może zarówno ratować, jak i krępować, i o tym, że czasami nie da się żyć tak, jakby nic się nie wydarzyło - ale można spróbować żyć pomimo wszystko.
Czy historia jest przewidywalna? Trochę. Ale nie o zaskoczenie tu chodzi. Chodzi o to, że bohaterowie są ludzcy, a ich emocje prawdziwe. I choć może domyślasz się, dokąd to wszystko zmierza, to i tak chcesz być z nimi do końca.
Ocena: 8/10 - za poruszające ujęcie tematu straty, za czułość, z jaką autorka buduje relacje i za umiejętność opowiadania o trudnych emocjach bez patosu. Jeśli potrzebujesz książki, która poruszy, ale nie przygniecie - „Przecież mamy siebie” będzie dobrym wyborem.
Współpraca reklamowa | Wydawnictwo Skarpa Warszawska

Brak komentarzy: