Lubisz, kiedy pozory mylą, a perfekcyjne miasteczka skrywają mroczne sekrety?

Bo Happy Valley wygląda jak z katalogu - dopóki nie spojrzysz pod powierzchnię…


Kiedy sięgnęłam po „Trzy i pół śmierci w Happy Valley” Trish Lundy, miałam nadzieję na intrygę z dreszczykiem, w stylu Pretty Little Liars z elementami thrillerów Holly Jackson. I dostałam dokładnie to… tylko bardziej niepokojące. Ta książka wciąga od pierwszych stron, bo choć ma w sobie wiele znanych motywów - nowa dziewczyna w mieście, złoci chłopcy z mroczną reputacją, tajemnice i trup w tle - to sposób, w jaki autorka je rozgrywa, sprawia, że nie masz szans się oderwać.


Poznajemy Lauren - bohaterkę, która nie przypomina typowej „nowej dziewczyny”. Nie udaje idealnej, nie stara się wkupić w łaski wszystkich. To dziewczyna po przejściach, z tajemnicą, której długo nie odkryjemy. Nie szuka kłopotów… ale kłopoty najwyraźniej znajdują ją same. Bo w Happy Valley wszyscy milczą. A jeśli ktoś próbuje mówić - szybko żegna się z życiem.


Cresmontowie - czyli bracia, wokół których krąży fabuła - to klasyczne „bad boys”, ale z niepokojącym twistem. Władza, pieniądze, wygląd i pozycja społeczna to ich tarcza. Każdy w mieście wie, że mają coś wspólnego z tajemniczymi śmierciami swoich dziewczyn, ale nikt nie ma odwagi powiedzieć tego głośno. Kiedy Lauren zaczyna drążyć temat, nie tylko łamie lokalne tabu, ale ryzykuje, że sama stanie się celem.


To, co lubię w thrillerach najbardziej - czyli napięcie, zmienne tropy, niepewność, kto mówi prawdę - tutaj zagrało świetnie. Każdy rozdział przynosi coś nowego. Podejrzenia krążą wśród wielu postaci, a atmosfera dusznego, zamkniętego miasteczka działa na wyobraźnię. Mamy też krótkie rozdziały, które napędzają akcję - „jeszcze jeden” staje się „jeszcze siedem” bez większego wysiłku.


Ale nie wszystko było idealne. Przyznam szczerze - finał mnie nie do końca usatysfakcjonował. Owszem, był zwrot akcji. Owszem, pojawiło się zaskoczenie. Ale… zabrakło mi mocniejszego wyjaśnienia motywów. Kiedy w thrillerze odkrywasz, kto, chcesz też wiedzieć dlaczego. A tu miałam poczucie, że nie wszystko zostało domknięte tak, jak bym sobie tego życzyła. Nie chodzi o to, że było źle - po prostu potencjał był na jeszcze więcej.


Na plus: styl autorki. Jak na debiut - szokująco dopracowany. Opisy nie są przegadane, dialogi brzmią naturalnie, a psychologia postaci (zwłaszcza Lauren) wypada autentycznie. Czułam jej lęki, decyzje, niepewność i bunt. Relacja z Robbiem również zbudowana została subtelnie - bez taniej romantyzacji, raczej jako napięcie pełne nieufności i domysłów.


Dla kogo jest ta książka? Dla tych, którzy lubią historie o sekretach, niedopowiedzeniach i fałszywym poczuciu bezpieczeństwa. Jeśli chcesz książki, która jednocześnie bawi, intryguje i trochę przeraża - „Happy Valley” Cię wciągnie. Ale jeśli potrzebujesz absolutnie logicznego finału z pełnym uzasadnieniem – możesz czuć lekki niedosyt.


Ocena: 7,5/10 - za klimat, tempo i świetnie napisaną główną bohaterkę. Oczko mniej za finał, który mógł być bardziej rozwinięty. Ale jeśli to debiut, to ja już czekam na kolejne książki Trish Lundy.


Współpraca reklamowa | Wydawnictwo Jaguar





Brak komentarzy: