Czy można zakochać się w kimś, kto jest twoim największym rywalem? I to wtedy, gdy twoja przyszłość zawodowa wisi na włosku?

To pytanie zadałam sobie zaraz po przeczytaniu opisu „Miłości nie na żarty” Toma Ellena – komedii romantycznej, która miała być przyjemnym przerywnikiem między cięższymi tytułami, a okazała się czymś znacznie więcej.


Na początku przyznaję – nie spodziewałam się fajerwerków. Romans, konkurencja w pracy, chłopak z polecenia tatusia – brzmiało jak kolejna, lekka historia z dobrze znanym schematem. Ale wiesz co? Ta książka uświadomiła mi coś bardzo ważnego: wcale nie trzeba łamać schematów, by stworzyć historię, która porwie cię od pierwszych stron.


Nell to bohaterka, którą chcesz mieć za przyjaciółkę – zabawna, autoironiczna, zadziorna, ale też cholernie ambitna. Gdy po pasmach porażek dostaje się na wymarzony staż w programie komediowym, czujesz jej ulgę i nadzieję jak własną. Tylko że świat telewizyjnej satyry szybko okazuje się brutalniejszy niż najostrzejszy żart. A najtrudniejsze dopiero przed nią – Charlie. Rywal. Nepo baby z koneksjami, który od początku wydaje się irytująco bezproblemowy. Ale właśnie w tym „irytująco” kryje się cała magia.


Tom Ellen w niezwykle lekki, a jednocześnie uważny sposób pokazuje, jak trudno oddzielić ambicje od emocji, jak cienka bywa granica między rywalizacją a fascynacją. Relacja Nell i Charliego to klasyczne enemies-to-lovers, ale zbudowane na dialogach, które iskrzą humorem i chemią. To nie jest romans, w którym wszystko dzieje się zbyt szybko. To historia, w której uczucia rodzą się między słowami – czasem złośliwymi, czasem zabawnymi, a czasem tak czułymi, że na moment przestajesz oddychać.


Kocham książki, które dają mi coś więcej niż tylko chwilowe emocje. A „Miłość nie na żarty” dała mi powody do śmiechu, do wzruszenia i – co najcenniejsze – do przypomnienia sobie, że czasem najlepsze historie to te, które nie próbują być inne. Tylko szczere.


W trakcie czytania co chwilę łapałam się na tym, że chcę zaznaczać fragmenty, do których wrócę – zabawne riposty, trafne obserwacje, sceny jak z najlepszej komedii romantycznej. I choć finał był przewidywalny (jak przystało na ten gatunek), to i tak miałam łzy w oczach. Bo w tych dobrze znanych ramach autor zawarł coś bardzo autentycznego.


Dla mnie to jedna z tych książek, które idealnie nadają się na letni wieczór z lemoniadą i kocem. Rozgrzewa serce, nie udaje, że jest czymś, czym nie jest, i przypomina, dlaczego tak kochamy historie o miłości. Bo czasem wszystko, czego potrzebujemy, to dobre dialogi, iskra między bohaterami i happy end, który zostawia nas z uśmiechem na twarzy.


Ocena: 8,5/10 - bo „Miłość nie na żarty” to naprawdę bardzo dobra komedia romantyczna – błyskotliwa, lekka, emocjonalna i zabawna. 


Współpraca reklamowa | Wydawnictwo Jaguar



 

Brak komentarzy: