Czy można tak naprawdę znać drugiego człowieka, nawet jeśli kochaliśmy go przez całe życie?
Zadałam sobie to pytanie, otwierając "Colette" Valérie Perrin. I muszę przyznać - jeszcze długo po zamknięciu książki nie znalazłam na nie jednoznacznej odpowiedzi.
Z każdą nową powieścią Perrin potrafi mnie zaskoczyć, ale tym razem poszła o krok dalej - stworzyła historię, która nie tylko porusza najgłębsze emocje, ale i intryguje niczym rasowy kryminał. Wciąga powoli, z czułością i namysłem, jakby autorka chciała, byśmy wsłuchali się nie tylko w słowa, ale i w ciszę pomiędzy nimi. I naprawdę - nie sposób się od niej oderwać.
Agnes to bohaterka, której nie da się nie współczuć i której z każdym rozdziałem kibicujemy bardziej. Kobieta po przejściach, reżyserka, której życie osobiste właśnie się rozsypało - zdradzona przez męża, porzucona, pogubiona. A wtedy… dzwoni telefon. Colette - jej ciotka, u której spędzała wakacje i która, jak sądziła, odeszła trzy lata temu - znowu umarła. Albo dopiero teraz. To brzmi jak pomyłka, jak absurd, a jednak staje się początkiem jednej z najbardziej poruszających podróży, jakie mogłam odbyć literacko w tym roku.
Nie spodziewałam się, że kasety magnetofonowe mogą tak trzymać w napięciu. W nagraniach odnalezionych po śmierci Colette - kobiety cichej, zamkniętej w sobie, niemal przezroczystej dla otoczenia - kryje się wszystko to, czego Agnes nigdy o niej nie wiedziała. A może po prostu nigdy nie zapytała. To właśnie te odsłuchiwane fragmenty stanowią oś powieści, nadając jej rytm, tempo i - paradoksalnie - życie. Bo "Colette" to książka o śmierci, owszem, ale jeszcze bardziej o tym, jak bardzo możemy być żywi, nieświadomi własnej przeszłości i cudzych prawd.
Valérie Perrin z właściwą sobie delikatnością pisze o relacjach, które tworzą naszą tożsamość - nie tylko rodzinnych, ale też tych wynikających z wyborów, przyjaźni, lojalności. O tym, że czasem najważniejsze decyzje podejmujemy nie dla siebie, a dla innych. I że nawet jeśli to boli, bywa właściwe.
W historii Agnes i Colette przewijają się także inne, mniejsze opowieści - jak ta o lokalnej drużynie piłkarskiej, która nieoczekiwanie pokonała PSG, czy historia Jeana - brata Colette, geniusza fortepianu, który być może nie zrealizowałby swojego talentu, gdyby nie całkowite poświęcenie siostry. Każda z tych postaci mogłaby dostać osobną książkę, a Perrin snuje te wątki z taką gracją, że żadna z tych historii nie wydaje się zbędna.
To nie jest lekka opowieść. To książka o utracie, rozpadzie, przeszłości, która wraca, by coś w nas odbudować. Ale też o miłości - tej trudnej, niemożliwej, tej z oddali i bez gwarancji wzajemności. Miłości cichej, ale nieobojętnej. I przede wszystkim - o sile kobiet. O tych, które znikają w cieniu innych, ale to właśnie one niosą na swoich barkach całe światy.
Styl Perrin? Przejmująco subtelny. Nie szuka tanich wzruszeń, ale trafia prosto w serce. Fragmenty czytałam po kilka razy, wracałam do nich, bo czułam, że coś we mnie rezonują. I nie raz miałam wrażenie, że to książka napisana specjalnie dla mnie - dla kogoś, kto nie boi się czuć za bardzo.
"Colette” to nie tylko opowieść o jednej kobiecie. To historia wielu żyć splecionych przez przypadek, miłość, lojalność i tajemnice, których nie da się już dłużej ukrywać. To książka, która zostaje w sercu długo po tym, jak wybrzmi ostatnie zdanie. I choć chciałabym ją przeczytać jeszcze raz na świeżo, to wiem, że pewne jej fragmenty zostaną ze mną już na zawsze.
Ocena 9/10
Współpraca reklamowa | Wydawnictwo Albatros

Brak komentarzy: