Czy można znaleźć mordercę, jeśli nikt - nawet on sam - nie pamięta, co zrobił?
Z tym pytaniem weszłam do świata „Morderstwa u kresu świata” Stuarta Turtona i… od razu zrozumiałam, że łatwo z niego nie wyjdę. Bo ta książka to nie tylko historia zbrodni. To eksperyment. Filozoficzny labirynt. Thriller, w którym nie chodzi tylko o to kto zabił, ale kim jesteśmy, gdy nikt nas nie widzi. Gdy pamięć zawodzi. Gdy czas się kończy.
Początek? Apokalipsa. Dosłownie. Ludzkość unicestwiona przez toksyczną mgłę, która pochłonęła cały świat. Zostaje tylko wyspa. Tylko 125 osób. Troje naukowców. I jedno morderstwo. Gdy jeden z tych, którzy mieli być strażnikami przetrwania, zostaje zasztyletowany, wszystko zaczyna się sypać. Systemy ochrony padają. Mgła rusza w stronę wyspy. A społeczność, która zbudowała pozorny raj, ma zaledwie 92 godziny, by znaleźć winnego… i ocalić resztki życia.
Brzmi jak czarny odcinek Black Mirror? Tak. Ale też jak porządny kryminał. I jak apokaliptyczna powieść science fiction. Turton żongluje gatunkami z niesamowitą lekkością, tworząc świat jednocześnie znajomy i obcy. Wyspa, która miała być utopią, powoli odsłania swoje pęknięcia. I nie chodzi tylko o mgłę czy systemy zabezpieczeń. Chodzi o ludzi. O emocje, których nie da się „wyłączyć” jednym kliknięciem sztucznej inteligencji.
A skoro już o niej mowa - narratorką powieści jest Abi - SI wszczepiona w świadomość każdej osoby na wyspie. Brzmi zimno i bezosobowo, ale… Abi ma swoje uczucia. I tajemnice. I z każdą kolejną stroną miałam coraz większy dylemat - ufać jej czy nie?
Turton nie prowadzi nas za rękę. Nie tłumaczy wszystkiego. Wrzuca nas w środek tej zamglonej układanki i każe walczyć - o zrozumienie, o logikę, o emocje. Miejscami bywa ciężko. Narracja kluczy. Postacie są niejednoznaczne. Czasami miałam ochotę wstrząsnąć książką, żeby szybciej wypluła odpowiedzi. Ale właśnie to sprawia, że ta powieść tak zostaje w głowie. Bo nie daje łatwych rozwiązań.
Bohaterowie? Wielowymiarowi, poplątani, boleśnie ludzcy. Emory, główna postać, to kobieta z pazurem - silna, ale targana lękiem o dziecko, o wspólnotę, o prawdę. Obserwujemy, jak przechodzi od analitycznego spokoju do desperacji, która każe podejmować decyzje… nieodwracalne. A każdy inny bohater - nawet ten epizodyczny – ma tu swoją funkcję, swoje miejsce i swoje sekrety.
Największe atuty tej książki? Klimat - duszny, gęsty, jak ta mgła, która czai się za granicą wyspy. Napięcie - rośnie z każdą godziną, z każdą stroną. I pytania, które zostają długo po zakończeniu. Czy człowiek może naprawdę żyć bez konfliktu? Bez emocji? Czy idealna wspólnota to tylko złudzenie? I co się stanie, gdy system - ten elektroniczny i ten społeczny - po prostu przestanie działać?
Jeśli szukacie książki, która was sprawdzi - intelektualnie, emocjonalnie, logicznie - to „Morderstwo u kresu świata” was nie zawiedzie. Ale uprzedzam: to nie jest lekka lektura na jedno popołudnie. To podróż w nieznane. W głąb siebie. I niekoniecznie z mapą w ręku.
Turton znów udowadnia, że pisze inaczej niż wszyscy. I że zbrodnia, nawet na końcu świata, potrafi mówić o nas więcej, niż chcielibyśmy przyznać.
Ocena 9/10
Współpraca reklamowa | Wydawnictwo Albatros


Brak komentarzy: