Czy czasami milczenie nie mówi więcej niż krzyk?
Bo w „Bogu lasów” to właśnie cisza boli najmocniej.
Do książki Liz Moore podeszłam z ogromną ciekawością. Z jednej strony, kusiła mnie obietnica mrocznego thrillera z duszną atmosferą lat 70., z drugiej - wiedziałam już po „Rzece odchodzących dusz”, że autorka nie będzie się spieszyć. Nie będzie łatwo. Ale będzie mocno. I było.
Camp Emerson, sierpień 1975 roku. Teoretycznie letnia sielanka: dzieci, lasy, jezioro. W praktyce - miejsce, gdzie cienie przeszłości kładą się na każdym drzewie. Trzynastoletnia Barbara Van Laar - córka właścicieli obozu i najbardziej wpływowej rodziny w okolicy - znika bez śladu. A to dopiero początek. Bo nie tylko ona przepadła. Czternaście lat wcześniej podobny los spotkał jej brata. I chociaż wszyscy próbowali o tym zapomnieć, Liz Moore przypomina nam jedno: przeszłość nie rdzewieje. Ona wraca - i to w najmniej oczekiwanym momencie.
Od pierwszych stron „Bóg lasów” hipnotyzuje atmosferą. To nie jest thriller, który pędzi. To nie jest historia, która rzuca się na Ciebie z nożem w ciemnym zaułku. To raczej opowieść, która siada Ci na ramieniu, szepcze do ucha i sprawia, że nie możesz się od niej oderwać - nawet jeśli nie wiesz, dokąd Cię prowadzi. A może właśnie dlatego.
Liz Moore pisze z niezwykłą wrażliwością. Las nie jest tylko tłem - jest niemym bohaterem, który obserwuje, milczy i… ukrywa. Czasem miałam wrażenie, że słyszę, jak szeleszczą liście, jak trzeszczy gałązka pod czyimś butem. Natura oddycha, ale nie zawsze po naszej stronie.
Autorka genialnie buduje napięcie, odsłaniając historię warstwa po warstwie. Narracja przeskakuje między latami 1961 i 1975, między różnymi bohaterami, między wspomnieniami a teraźniejszością. A każda nowa strona nie tyle odpowiada na pytania, co rodzi kolejne. Czym naprawdę była rodzina Van Laarów? Kto miał coś do ukrycia? I dlaczego nikt nie słyszał krzyku Barbary?
Moją absolutną faworytką stała się Judy Luptack - młoda policjantka, która mimo klasowych podziałów, hipokryzji elit i ciągłych kłamstw próbuje dotrzeć do prawdy. To jedna z tych bohaterek, które się pamięta - nie za to, że są idealne, ale za to, że są prawdziwe. Zdeterminowana, zagubiona, a jednak nieustępliwa. W świecie, gdzie każdy ma coś do ukrycia, ona nie boi się patrzeć pod powierzchnię.
Nie będę ukrywać - tempo książki może być dla niektórych wyzwaniem. To nie historia na jeden wieczór. Tu trzeba się zanurzyć, pozwolić sobie na zagubienie w gąszczu emocji, tajemnic i niedopowiedzeń. Ale jeśli się na to zdecydujesz - Liz Moore odpłaci Ci historią, która zostaje pod skórą. Historią o tym, że największe zło nie zawsze czai się w mroku. Czasem siedzi przy śniadaniu z filiżanką kawy i uśmiechem, który nie sięga oczu.
„Bóg lasów” nie daje prostych odpowiedzi. Ale stawia ważne pytania. O władzę, o milczenie, o winę i o to, kto decyduje, czyj głos zostanie usłyszany.
Ocena: 9/10 – za klimat, za głębię psychologiczną, za las, który mówi więcej niż bohaterowie. Jeden punkt mniej tylko za fragmenty, które mogłyby być bardziej zwarte - choć może właśnie ta rozwlekłość była potrzebna, by naprawdę poczuć ciężar tej historii.
Współpraca reklamowa | Wydawnictwo Otwarte

Brak komentarzy: