Czy jeden tydzień może naprawdę zmienić całe twoje życie? Czy siedem dni to wystarczająco, by przejrzeć na oczy, zrozumieć siebie - a może nawet… zacząć od nowa?


„Siedem dni” Tomasza Sablika to książka, która przyszła do mnie w idealnym momencie - wtedy, gdy sama potrzebowałam się zatrzymać, wsłuchać w emocje i spojrzeć na pewne sprawy z innej perspektywy. I dokładnie to daje ta historia: przestrzeń do refleksji, uważność i czułość wobec ludzkiego doświadczenia.


Na pierwszy rzut oka - klasyczna powieść obyczajowa. Sycylia, błękitne morze, hotel z widokiem na zachody słońca i grupa ludzi, którzy przyjechali odpocząć od rzeczywistości. Ale szybko okazuje się, że ten wyjazd to nie wakacje, tylko terapia. Cichy krzyk ludzi, którzy próbują coś sobie udowodnić, coś przemilczeć, a może coś zakończyć.


Roma – pełna miłości i złudzeń. Chiara - cicha, zamknięta w sobie, rozpadająca się od środka. Stanisław - niosący brzemię przeszłości, której nie potrafi wybaczyć sobie ani innym. I Lena – uśmiechnięta, ale na granicy decyzji, która może zmienić wszystko. Ich losy splatają się w sposób naturalny, bez sztuczności. Nie ma tu wielkich fajerwerków ani dramatycznych zwrotów akcji co dziesięć stron. Zamiast tego dostajemy coś znacznie ważniejszego - emocjonalną prawdę.


Język, jakim posługuje się Sablik, jest lekki, wręcz dyskretny. Nie epatuje dramatyzmem, a jednak… w środku drży. W każdej scenie czuć, że coś się w bohaterach przesuwa, że coś się zmienia - czasem bardzo powoli, jakby między słowami. I właśnie to najbardziej mnie ujęło - delikatność w opowiadaniu o rzeczach trudnych: zdradzie, depresji, żalu, tęsknocie, samotności.


Choć Sablik wcześniej pisał horrory, w „Siedem dni” przeraża zupełnie inny rodzaj grozy - ta codzienna, zwyczajna, która potrafi nas złamać bez jednego krzyku. A jednak ta książka nie przytłacza. Wręcz przeciwnie - daje nadzieję. Pokazuje, że nawet jeśli w środku czujemy się zupełnie rozbici, gdzieś obok może czekać ktoś, kto pomoże nam się pozbierać.


Zakończenie? Nieoczywiste. Momentami ironiczne, wręcz komiczne, ale… bardzo ludzkie. I choć początkowo lekko kontrastowało mi z tonem całej historii, ostatecznie uznałam je za punkt wyważający - pokazujący, że nawet w najbardziej dramatycznych chwilach jest miejsce na uśmiech. Albo przynajmniej - ulgę.


„Siedem dni” to książka, którą przeczytałam szybko, ale która została ze mną na długo. Taka niepozorna, bez nachalnych emocji, ale z ogromną siłą w środku. Jak Sycylia poza sezonem - piękna w swojej surowości i prawdzie.


Ocena: 9/10 - za subtelność, za szczerość i za to, że w tej historii każdy może odnaleźć cząstkę siebie. Za to, że przypomina, że nawet jeśli wszystko się wali - jeszcze nie wszystko stracone.


Współpraca reklamowa | Wydawnictwo Czarna Owca





Brak komentarzy: