Czy przyjaźń może przerodzić się w miłość - prawdziwą, podszytą szczerym uczuciem, a nie tylko sentymentem do wspólnej przeszłości?


Zadałam sobie to pytanie, zanim otworzyłam „Miłosne tajemnice” Julii Quinn. I choć w romantycznych historiach to pytanie przewija się często, to ta konkretna opowieść o Penelopie Featherington i Colinie Bridgertonie ma w sobie coś, co sprawiło, że odpowiedź wcale nie była oczywista.


Czytając ten tom, miałam wrażenie, jakby autorka specjalnie spowolniła tempo - nie po to, by nas znużyć, ale byśmy naprawdę poczuli, jak długo może dojrzewać uczucie. Penelopa od lat była obecna w życiu Colina - cicha, niedoceniana, często ignorowana. Widziana przez pryzmat kolorów narzuconych przez matkę i przez stereotypy, które towarzystwo chętnie podsuwa kobietom takim jak ona: zbyt cichym, zbyt zwyczajnym, zbyt… niewidzialnym. Ale czy ktoś niewidzialny nie może z czasem stać się kimś, kogo nie da się nie zauważyć?


„Miłosne tajemnice” to dla mnie opowieść o tym, jak bardzo mylimy się w ocenie innych - i samych siebie. Penelopa zaskakuje nie tylko Colina, ale też czytelnika. Spod warstw nieśmiałości, podporządkowania, lęku przed odrzuceniem wyłania się kobieta, która potrafi walczyć o siebie - choćby pisząc anonimowe kroniki towarzyskie. Jej tajemnica dodaje tej historii świeżości i nowej perspektywy. Bo w końcu, kto by pomyślał, że to właśnie ona stoi za plotkarskim imperium Lady Whistledown?


Colin natomiast… to bohater, który przez długi czas był raczej tłem dla barwniejszych postaci z rodziny Bridgertonów. Ale w tej części wreszcie dostaje szansę, by pokazać się z bardziej złożonej strony. Choć jego reakcje bywają dziecinne, a czasem wręcz irytujące, nie sposób odmówić mu szczerości w poszukiwaniach samego siebie. Dla niego podróże były ucieczką - od konwenansów, oczekiwań, a może nawet od własnego lęku, że nigdy nie będzie dość „poważny” jak jego bracia. Dopiero przy Penelopie potrafi zacząć zdejmować te maski.


To, co mnie ujęło najbardziej, to subtelność, z jaką Julia Quinn prowadzi relację między bohaterami – nie przez dramatyczne zwroty akcji, ale przez mikrosceny: rozmowy, drobne gesty, spojrzenia. Nie ma tu przesadnego patosu. Gdy już pojawia się uczucie, jest ono naturalną konsekwencją wspólnych lat, a nie miłosnym olśnieniem z pierwszego balu.


Na duży plus zasługuje również tło całej opowieści - socjeta Londynu, pełna śmiechu, złośliwości i teatralnych masek. Bale, salony, niekończące się plotki, a jednak gdzieś w tym wszystkim odnaleźć można przestrzeń na coś autentycznego. To sprawia, że ten tom jest jednym z bardziej dojrzałych i emocjonalnych w całej serii.


Muszę przyznać, że choć wcześniej Penelopa nie była moją ulubioną postacią, to teraz patrzę na nią z zupełnie innej perspektywy. To jedna z tych bohaterek, które dojrzewają razem z czytelnikiem - i przy których samemu można wiele poczuć.


A jeśli chodzi o klimat - jak zwykle u Quinn: styl lekki, pełen humoru, ale też refleksyjny. To nie jest tylko romans - to też opowieść o dorastaniu do miłości, o akceptacji, o odwadze bycia sobą.


Jeśli szukasz historii, która rozgrzeje Ci serce, ale nie znudzi banałem, która pokaże Ci, że nawet w cieniu można rozkwitnąć - „Miłosne tajemnice” są właśnie dla Ciebie. A może tak jak Colin, po latach spojrzysz na kogoś z Twojego życia i zobaczysz go zupełnie inaczej?


Ocena 8/10


Współpraca reklamowa | Wydawnictwo Zysk i S-ka






Brak komentarzy: