Czy można zaufać komuś, kto sam nie zna prawdy o sobie?

To pytanie nie opuszczało mnie przez całą lekturę „Królowej kłamstw” Joanny Świątkowskiej – książki, która z jednej strony wciąga jak wir emocji, a z drugiej zostawia z głową pełną pytań i buzujących sprzeczności.


Zacznijmy od najważniejszego: to nie jest typowy romans mafijny. Nie znajdziesz tu ckliwych westchnień przy świecach, ale brutalne emocje, tajemnice i zderzenie dwóch światów – tego na pozór uporządkowanego i tego spod ciemnej gwiazdy. Autorka bardzo wyraźnie rozdziela uczucia od zaufania i pokazuje, że czasami jedno może zupełnie wykluczać drugie.


Poznajemy Laylę – kobietę z przeszłością, której nie znamy, ale której trauma wylewa się między wierszami. Przenosi się do Seattle z nadzieją na nowe życie. Los jednak lubi czarne żarty i wpycha ją w ramiona Williama Volkova – mężczyzny, którego nazywają diabłem Seattle. Władczy, groźny, piekielnie inteligentny… a jednak w relacji z Laylą momentami dziwnie zagubiony. Ich spotkanie to jak zderzenie dwóch bomb zegarowych – wiadomo, że coś wybuchnie. Pytanie tylko: kiedy?


Bardzo spodobała mi się warstwa psychologiczna tej historii. Layla – niby silna, ostra jak brzytwa, a jednak gdzieś tam w środku przerażona dziewczyna, która boi się nie tylko prawdy o sobie, ale też… tego, że może znów poczuć coś prawdziwego. William – mafijny boss, który ma wszystko, ale nie potrafi zdobyć zaufania jednej kobiety. Ich relacja nie opiera się na romantycznych gestach, tylko na nieustannym balansowaniu na granicy zaufania i zdrady. I choć chwilami brakowało mi chemii w ich interakcjach, to z każdą stroną coraz lepiej rozumiałam, że tutaj uczucia mają inne definicje. Surowsze. Bardziej surowe. Może nawet bardziej prawdziwe?


Autorka nie boi się pokazać, że życie nie ma happy endu w połowie książki. Narracja w trzeciej osobie – choć z początku dla mnie nieco chłodna – z czasem okazała się idealnym wyborem. Pozwoliła mi spojrzeć na całą historię z dystansu i jeszcze lepiej wczuć się w to, co dzieje się między bohaterami – bo to właśnie te niedopowiedzenia, ukradkowe spojrzenia i milczenie są w tej książce najmocniejsze.


Czy „Królowa kłamstw” jest idealna? Nie.

Momentami miałam wrażenie, że Will jest bardziej figurą niż człowiekiem. Jego kreacja bywała zbyt mechaniczna, a sceny erotyczne – choć obecne – nie wywoływały wypieków na twarzy, których można by się spodziewać po etykiecie „18+”. Dla mnie to raczej thriller emocjonalny z dodatkiem spice, niż pełnoprawny er0tyk.

Ale wiecie co? To nic. Bo ta historia broni się swoją atmosferą, dusznym klimatem Seattle, podziemnymi ringami i jednym wielkim pytaniem: czy naprawdę możemy znać drugiego człowieka, jeśli sami siebie nie rozumiemy?


Ostatnie strony sprawiły, że dosłownie wstrzymałam oddech. I choć zakończenie urywa się w najbardziej emocjonalnym momencie, to właśnie za to chylę czoła przed autorką. Nie podaje wszystkiego na tacy. Zostawia nas z niedosytem. I to dobry niedosyt.


Ocena: 8/10 - za klimat, za napięcie, za Laylę, która nie jest „kolejną silną bohaterką”, ale skomplikowaną kobietą z krwi i kości. Za odwagę w budowaniu opowieści, która łamie schematy. I za to, że czekam na drugi tom z niecierpliwością, jakiej dawno nie czułam po przeczytaniu książki.


Współpraca reklamowa | Wydawnictwo Joanna Świątkowska





Brak komentarzy: