Czy kiedykolwiek marzyłaś o pracy w zoo… tylko że zamiast lwów i zebr, opiekowałabyś się feniksami, smokami i gryfami? Ja nie - aż do momentu, gdy poznałam Ailę i magiczne zoo San Tamculo.
„Strażniczka feniksa” autorstwa S.A. MacLean to książka, która pod pozornie lekkim, fantastycznym płaszczykiem kryje historię o wielkich emocjach, rywalizacji, niepewności i marzeniach, które potrafią palić tak jasno, jak ogniste skrzydła feniksa.
Na początku nie wiedziałam, czego się spodziewać. Pomyślałam - ot, kolejna młodzieżówka z magią w tle. Ale im dalej zagłębiałam się w ten świat, tym mocniej czułam, że ta historia zostanie ze mną na dłużej. Bo chociaż mamy tu całe mnóstwo uroczych, ekscytujących stworzeń - od kelpie po krakena - to właśnie ludzka strona tej opowieści poruszyła mnie najmocniej.
Aila to bohaterka, z którą łatwo się utożsamić. Jej lęk społeczny, wewnętrzne blokady i potrzeba zasłużenia na swoje miejsce w świecie - wszystko to przedstawione zostało tak wiarygodnie i z takim wyczuciem, że w wielu momentach miałam wrażenie, jakby autorka pisała o mnie. Ale jednocześnie Aila nie jest tylko „dziewczyną z problemami” - to pasjonatka, naukowczyni, opiekunka feniksów z misją, która naprawdę coś znaczy. I nawet jeśli w obecności Connora (czytaj: opiekuna smoków o uśmiechu, który stopiłby lód na Antarktydzie) czasem gubi język w gardle, to nie traci z oczu tego, co najważniejsze: ratowania zagrożonego gatunku feniksa silimalskiego.
To, co wyjątkowo podobało mi się w tej historii, to sposób, w jaki S.A. MacLean pokazała kobiecą rywalizację. Luciana, czyli „ta idealna” - piękna, utalentowana, uwielbiana przez wszystkich opiekunka gryfów - z czasem okazuje się kimś więcej niż tylko przeszkodą do pokonania. Ich relacja z Ailą ewoluuje w coś dojrzalszego, prawdziwszego, pełnego niuansów. I właśnie za to cenię tę książkę - że nie idzie na skróty. Nie upraszcza relacji, nie sprowadza ich do czerni i bieli. Zamiast tego mamy całą paletę barw emocji: zazdrość, podziw, niechęć, szacunek i w końcu – coś na kształt siostrzeństwa.
Zoo San Tamculo to osobna historia. Wyobraź sobie miejsce, gdzie feniksy wiją gniazda obok jednorożców, a smokom trzeba codziennie czyścić łuski. To nie tylko fantastyczna dekoracja – to żyjący, oddychający organizm, który autorka dopracowała w najmniejszych szczegółach. Każdy dzień w zoo to nowa przygoda, ale i nowa lekcja – o odpowiedzialności, o współpracy, o tym, jak trudno czasem być dobrym człowiekiem (czy opiekunem), kiedy świat wokół ciebie płonie.
Choć „Strażniczka feniksa” zawiera elementy romansu (Connor zdecydowanie zasługuje na osobny akapit…), to nie on dominuje fabułę. W centrum tej historii stoi Aila - dziewczyna, która uczy się ufać sobie, stawiać granice i wierzyć, że jej głos ma znaczenie. Czy nie tego właśnie chcemy od głównej bohaterki? Nie kolejnej księżniczki do uratowania, ale dziewczyny, która walczy – z wewnętrznymi demonami, z zewnętrznymi zagrożeniami, i z systemem, który nie zawsze gra fair.
Jeśli szukasz książki, która sprawi, że z uśmiechem będziesz przewracać strony, ale też kilka razy zaszklą ci się oczy - to właśnie to. To historia pełna humoru, ale i mądrości. Ciepła, ale nie banalna. Bajkowa, ale zakorzeniona w emocjach, które są aż do bólu prawdziwe.
Ja już tęsknię za San Tamculo. I mam cichą nadzieję, że feniksy jeszcze kiedyś powrócą.
Ocena 8/10
Współpraca reklamowa | Wydawnictwo Story Light
Brak komentarzy: