Czy kiedykolwiek trafiłaś na kogoś, kogo z zasady powinnaś unikać... a jednak z każdą chwilą przy nim czujesz, że to najgorsza (czytaj: najlepsza) decyzja, jaką mogłabyś podjąć? Bo jeśli tak - witaj w świecie Scarlett i Hudsona. A jeśli nie… „Pan Wielki Problem” R.S. Grey sprawi, że zapragniesz poczuć ten chaos na własnej skórze.


Od razu przyznam - wciągnęłam się bez reszty. I chociaż książka nie pretenduje do miana literatury wysokiej, to dokładnie tego od niej nie oczekiwałam. Bo czasem, gdy codzienność przytłacza, szukam historii, która zapewni mi emocjonalny rollercoaster, rozbawi do łez, przypomni o istnieniu motyli w brzuchu i zostawi z szerokim uśmiechem. I dokładnie to dostałam od R.S. Grey.


Scarlett Elwood to kobieta, którą z miejsca polubiłam - ambitna, z charakterem, trochę zadziorna, ale nie przerysowana. Jej miłość do prawa jest wręcz urocza (naprawdę – nie wiedziałam, że ktoś może z takim entuzjazmem mówić o rozwodach Barbie i Kena). To, że trafiła pod skrzydła najgorszego możliwego mentora - czyli Hudsona Rhodesa - to klasyczny zabieg, ale… jak dobrze rozegrany!


Hudson. On jest dokładnie taki, jak sugeruje tytuł - Wielki Problem. Szorstki, powściągliwy, profesjonalny do bólu, a przy tym diabelnie przystojny. Typowy „bad boy” w garniturze z duszą… no właśnie, czy on w ogóle ma duszę? Scarlett też się nad tym zastanawia. I to jest piękne - ten powolny proces poznawania, burzenia murów, przekomarzań i zaprzeczania temu, co aż iskrzy między nimi.


Ten romans to klasyczny slow burn. I to taki, w którym każde spojrzenie, każde jedno „przypadkowe” dotknięcie ma większy ładunek emocjonalny niż niejeden pełny rozdział erotyki. Czy było „spicy”? Moim zdaniem… umiarkowanie. Ale za to napięcie seksualne między bohaterami - mistrzowskie. W pewnym momencie sama miałam ochotę krzyknąć: „No pocałuj ją wreszcie!”. A kiedy już to się stało - było warto czekać.


To, co mnie zaskoczyło na plus, to tło prawnicze. Książki osadzone w środowisku kancelarii prawniczych często tylko go udają, ale tutaj naprawdę czuć było klimat ciężkiej pracy, rywalizacji, biurowych układów i etyki zawodowej. Hudson i Scarlett nie są tylko parą kochanków - są też rywalami, współpracownikami, osobami z własnymi ambicjami i bagażem emocjonalnym. I za to ogromny plus.


Czy książka ma wady? Jasne. Momentami chciałoby się więcej - więcej scen rozwijających relację, więcej szczegółów, które pozwoliłyby jeszcze lepiej zrozumieć motywacje bohaterów. Pewne poboczne wątki (np. zachowanie współpracowników wobec Scarlett) są dość przerysowane. Ale hej - nie o idealizm tu chodzi. „Pan Wielki Problem” to lekka, zabawna, pełna napięcia historia, którą czyta się z nieprzyzwoitą przyjemnością.


Nie nastawiaj się na wielkie katharsis. To nie jest książka, która przewartościuje Twoje życie. Ale jeśli potrzebujesz oderwania, romantycznego uniesienia i bohaterów, którzy grają sobie na nerwach tak, jak Ty lubisz - to śmiało. Hudson i Scarlett czekają.


Ja kończę z serduchem pełnym ciepła i ogromną chęcią na więcej historii w takim stylu. Może nie jest to mój romans roku, ale z całą pewnością był to bardzo dobrze spędzony wieczór.


Ocena 7/10


Współpraca reklamowa | Wydawnictwo Papierowe Serca




Brak komentarzy: