Jakie było ostatnio Twoje największe rozczarowanie? 

U mnie niestety było to kilka książek, ale na czele stanął „Krzyk orła” autorstwa Karin Smirnoff. 


„Krzyk orła” to siódmy tom z cyklu „Millennium” zapoczątkowanego przez Stiega Larssona. Sama trylogia Larssona była czymś fascynującym i odniosła naprawdę ogromny sukces. Później kontynuacji podjął się David Lagercrantz i jego kolejne trzy książki dało się przeczytać jednak nie oszukujmy się - były one słabe. Natomiast książki Karin Smirnoff po prostu nie da się czytać. To znaczy niby się da, ale po co skoro wpędza to Czytelnika w dyskomfort? 


Próbowałam „Krzyk orła” porównywać do poprzednich książek „Millennium”, ale i próbowałam potraktować ją jako osoby byt. W ani jednym z tych przypadków nie byłam w stanie powiedzieć o tej książce niczego pozytywnego. Chociaż nie, sam pomysł na fabułę był ciekawy i można było z niego wycisnąć naprawdę wiele. Na tym pozytywne słowa się kończą. 

Język jest dziwny i strasznie męczący. Równoważniki zdań, skróty, przeskoki, do tego narracja, która przeplata się z przemyślaniami za każdym razem innego bohatera. Jeden wielki mętlik i poplątanie z poplątaniem. Intryga jest nijaka, a spoty akcji są strasznie irytujące. 

Sami bohaterowie to zupełnie inne osoby. Lisbeth jak nie Lisbeth tylko marna podróbka w dodatku podczas kryzysu wieku średniego. Bloomkvist nijaki, bezbarwny, bez ambicji. Dosłownie jakbym czytała o starym dziadku, który myśli już tylko o umieraniu (nie żeby każdy starszy człowiek tylko o tym myślał). Ta para nie ma żadnego charakteru. Autorka pozbawiła duet wszystkich najlepszych cech za który cenili go Czytelnicy. 


„Krzyk orła” to jedno wielkie ROZCZAROWANIE i nie ma sensu tutaj bardziej się rozpisywać.


Cyferkowo: 8/10


Współpraca reklamowa | Wydawnictwo Czarna Owca 




Brak komentarzy: